Odpowiedź na pytanie “po chuj?”

Nie twierdzę, że pomysł utworzenia kolejnego bloga jest w jakiejkolwiek formie zajebisty. Szczerze mówiąc, mam to nawet głęboko w dupie, czy ktoś zmarnuje swój czas i zdecyduje się czytać te miazmaty. Jestem już trochę jakby poza tymi rozważaniami.

Delikatnie wkurwiony, siedzę w fotelu słuchając muzyki i pomruku samolotu podchodzącego do lądowania na niedalekim lotnisku i sam mruczę sobie nucąc “Trouble” Raya Lamontagne [czyt. Rej Lamontań]. Ot taki dryf poza jebany słowiański, bizantyjski, grecko-tragiczno-antyczny świat, do miejsc gdzie, bohater nie lata np. na świni, nie je jesiotrów drugiej swieżosci, a nawet nikt przed nim nie napierdala konia batem po oczach.

Mówiąc prościej, ludzie to tam może też mają i przejebane, ale radzą sobie bez mistyfikacji, naprawdę prostymi środkami. Chucie, stymulanty, hedonizm. Bez szukania wrogów, agentów “służb”, spisków, cudów w szybach okien i demonów. Przede wszystkim zaś klaszczą na parzyste miary taktu, a nie jak podczas festiwalu w Kołobrzegu na 1 i 3. Tak na marszowo.

Wracając do meritum, a więc do ocierającego się o ontologie, a jednak specyficznie polskiego, swojskiego i pozbawionego pretensji pytania – po chuj? Otóż… sam nie wiem.

Lubie te eksploracje rowów tektonicznych ludzkiej duszy, taki mentalny Jacques Cousteau [czyt. Żak Kusto]. Nie interesują mnie żadne spory, drobne lansiki i tajemnice (wszelkie formy tajności, pokątności, poufności kojarzą mi się ze wstydliwa koniecznością srania w lesie na grzybach).

Zupełnie (przynajmniej dzisiaj, tu i teraz) nie interesuje mnie to, co wydarzy się jutro rano. Lubie to “teraz” pomiędzy północą a trzecia nad ranem.

Ray Lamontagne śpiewa sobie “Jolene”…

Oto człowiek. Ja zaprzaniec, patriota, kułak, komuch, mentalny cygan, żydolub, antysemita, fan pedryli, homofob, sługus obszarników i imperialistów, antyszambrujący w przedpokojach żydostwa i spekulacyjnego kapitału niebezpieczny lewak, prawak-tradycjonalista, oczywista kurwa i społeczna cysta, sprzedawczyk i człowiek zupełnie pozbawiony korzeni, bezpański pies, dziecko na ręce w komunistycznej kolejce, konsument aknosanu i Zefira, punk, skin, metal, sezon, prymus, były harcerz-onanista, deprawator panien, stateczny inteligent katolicki, libertarianin, marnotrawny uczeń, na którego się nabraliście, niepoprawny optymista, hipomaniak, narcyz i toczony depresja, twórca sztuki i jej koneser, agresywny (pasywnie również) oraz wykorzeniony i pozbawiony tożsamości zwykły chuj… Fizylier bez karabinu, za to z przewieszonym papierem do srania.

Fizylier z papierem do srania

Szczęśliwiec mający czym podetrzeć dupę XX w. PRL

Wszystkie te byty, wdruki, i określenia tak drogie moim uszom i znane.

Hoho… Zaczynam podejrzewać, że zamieniam się w nihilistę w stylu Jerzego Urbana… abstynencja nie służy mi wcale, ale to wcale. Nie potrafię tylko ustalić czy to słowiańska “dusza” czy jakiś wegetatywny odruch. Ray podaje “Empty”.

No więc, mógłbym zajebać jakiś obsceniczny tekst. Pobrylować jako retor z Internetow, sprzedać jakiś sofizmacik (ach te polskie zdrobnionka), lub pierdolnąć lekki szpasik dla poddierzanija intjeriesnawo razgawora, ale nie czuje się jakbym miał to zrobić.

Podsumowując, jak wszystkie zwierzątka duże i małe, probuje odpowiedzieć sobie na tzw. “pytanie Paprykarza”, czyli “Jak żyć premierze? Jak żyć?”. Ze zmiennym szczęściem, jak wszyscy.

Cicho zaczyna się kolejny track, tym razem “Let it be me”, Ray dzisiaj naprawdę ciągnie mendę…

pozdrawia Genzyp Prążek