Żałosność i smętek, weltszmerc i tęsknica po redaktorze Sebastianie Moryniu (Fronda)

Dawno, dawno temu, kiedy bylem małą szukającą prawdy dziewczynka postanowiłem nie ograniczać się programowo do czytania wyłącznie zakurzonych klasyków.

Zuchwale, niczym kieszonkowiec w zatłoczonym tramwaju, sięgałem po bogactwo luminarzy polskiej publicystyki, sztuki żywej – redaktorów Sakiewicza, Cezarego Michalskiego, Blumsztajna, Urbana, depresyjnego wonczas Ziemkiewicza, redaktorki Kingi Dunin, etyczki Środy z jej lustrzanym Janem Hartmanem, czy nawet do postawionej na odcinku wyznaniowym redaktor Wiśniewskiej. Zdarzał mi się także okazjonalnie felieton nieodżałowanego abp. Życińskiego, przekąszany Michnikiem i Królem.

Poczucie pustki i nieinercjalności tych wszystkich narracji potęgowało się, z czasem prowadząc do licznych zatwardzeń i czystek, występujących zwykle na przemian.

I oto, gdy już niemal straciłem nadzieję, natrafiłem na wyjątkowo interesującą postać. Pojawił się w moim życiu człowiek, który ofiarował mi wgląd w światy, których istnienia wówczas nawet nie przeczuwałem.
Na pewien krotki czas, za to z właściwym młodzieńczej miłości płomieniem pokochałem tego prawdziwego herosa pióra, tytana neuroteologii, apologetę i martenowski piec Prawdy.
Nie, nie był to pan Robert Tekieli ani o. Posacki… w ten dramatyczny sposób na scenę wszedł redaktor Sebastian Moryń.

Sebastian Moryń

red. Sebastian Moryń

Wielu wierzyło wówczas, podobnie jak w swoim czasie Philip K. Dick w odniesieniu do naszego Stanisława Lema, że to niemożliwe, aby jeden tylko człowiek, katolik i publicysta obdarowany był miarą takiego talentu. Sądzili oni, że jest to byt zbiorowy, pseudonim grupowy, jakaś inteligencja kolektywna.

Kobiety brzemienne wpatrywały się w fotografie red. Morynia w Googlu w nadziei powicia dzieci odrobinę choćby do niego podobnych. Nawet jeśli nie intelektualnie, to chociaż z wyglądu.
Matki karmiące, którym nie stawało pokarmu drukowały jego zdjęcie na drukarce laserowej, lub atramentowej i pocierały nim sutki. Laktacja pojawiała się zawsze, i to po kilku zaledwie dniach.

Chodziła plotka, że również mężczyźni, którym nie stawało, odrzucali pomoc współczesnej medycyny i doznawali licznych uzdrowień. Niektórzy, ale w to wierzyć już znacznie trudniej, podobno dostawali też laktacji. Nikt nie wspominał o pszczołach, ale być może również one niosły się przez to lepiej. Słowem, dobrobyt i kraj spływający (matczynym) mlekiem i miodem. Tak było aż do dnia, w którym upadł spekulacyjny Lehman Brothers, ale to jakby osobna historia…

Co do mężczyzn o orientacji homoerotycznej, to liczne były przypadki, kiedy wyszukując w Internetach najdzikszych zboczeń, natrafiali na zdjęcie redaktora. I nawracali się, zakładali rodziny a redaktor bywał raz to świadkiem na ślubach, raz to chrzestnym. Sebastian Moryń publikował bowiem odważnie i wiele o LGBT – i samą prawdę!

W okolicach Sępolna w długie zimowe wieczory powtarzano opowieść o tym, jak redaktor Moryń podniósł z ziemi nieuważnego rowerzystę, którego potrącił.
Felicjan, bo tak brzmiało imie cyklisty, był robotnikiem sezonowym w pobliskim lesie i wracał do domu na rowerze Ukraina z siekierą na ramie i bez światła. Był do tego pod wpływem alkoholu, bo tego dnia padł ofiara grupy rówieśniczej i pil wraz z nimi w pracy.

Redaktor Sebastian zdjęty żalem i troska o bliźniego pogłaskał go tylko po stłuczonej potylicy a kości zrazu się zrosły wracając na swoje miejsce. Podobnie robią to samochody w filmie pt. Transformers, ale Felicjan dodatkowo zaczął roztaczać wokoło siebie zapach wody kolońskiej Old Spice, co trwa do dziś, choć kosmetyków nie używał i używać nie zamierza. Podobnie jak alkoholu i rowerow produkcji sowieckiej.

Należy zaznaczyć, że sam redaktor był człowiekiem skromnym. Jestem pewien, że wielu z opisanych tu cudów dokonywał zwyczajnie, jakby od niechcenia. Najczęściej w przerwach pomiędzy czasem, kiedy pilnie się uczył a czasem poświęconym na myślenie. Ten dualizm dla uchwycenia fenomenu redaktora trzeba koniecznie zrozumieć, ponieważ wiedza oraz myśli pojawiały się u niego często bez wzajemnej zależności.

Jego umysł był jak wielki pędzący zawsze naprzód pociąg. W jednym przedziale rozum, w drugim wiedza. A wszystko elegancko naoliwione i napędzane lokomotywą kunsztu słownego fechtunku nieznanego ani przed, ani po nim. Wprawdzie poeta Broniewski, już Stalina nazywał maszynistą, ale “towarzysz, wódz, komunista” – ten łajdak (!) nie miał się nijak do redaktora Sebastiana Morynia, który nawet nie lubił lewicy, choć miłował ich jako bliźnich

Redaktor był autorem wielu kształtujących postawy młodzieży stwierdzeń, takich jak np. “Moralne ciacho“, czy  “Lepiej jest umrzeć w mękach, niż zostać bogatym gejem” (to o świętym Pelagiuszu). To stwierdzenie dodatkowo poszerzyło kanon semantyki o nowy pod-przypadek antonimu relacyjnego znanego dzisiaj szerzej jako “paradoks Konona-Morynia”, w skrócie PKM, lub KMP w narzeczu angielskim.

Najczęściej publikował we Frondzie (portalu), gdzie czytelnicy ustanowili jednostkę zwaną “1 moryń” dla ustalenia skali porównania felietonów pisanych przez innych z redaktorem. On jednak nie przejmował się tym pochlebstwem i rychło sam zaczął pisać felietony mieszczące się w przedziale od 3,5 do 6,5 morynia. Tym samym unieważnił jakakolwiek konkurencje.

Nie bez znaczenia był to z pewnością fakt, że redaktor Moryń zabierał głos w wielu sprawach. Zawsze kompetentnie i podpierając wyrażane opinie bogatym wachlarzem faktów, historii czy też zwyczajnie, pieśniami o czynach.

Zbudował przy tym wszechświat tak spójny i kompletny, że narracje dr. Pająka oraz Juliusza Prawdzic-Tella wydawały się przy tym ledwie nowelkami. Nawet genialni Terry Pratchett, C. S. Lewis czy J. R. R. Tolkien nie zbliżyli się do limes, granicy, którą On na nowo wykreślił. Ale, jak wszystkim dziełom proroczym, synoptycznym, ledwie zwiastującym nadejście Sebastiana Morynia, musimy autorom wcześniejszym takową niekompletność wybaczyć…

Pewnego dnia, po cichu, bo tak nadchodzą największe wstrząsy w historii, redaktor Moryń zniknął z Frondy. Podobno publikował gdzieś jeszcze, ale cuda ustały, a w życie jego dotychczasowych czytelników wkradła się nieznośna pustka.

Krążą wprawdzie legendy, że żyje, że wróci, ale czy można im wierzyć? Czy nie na białym koniu miał powrócić już Generał Anders… ale może chociaż, tak jak w przypadku Generała, jeszcze zobaczymy i jego progeniturę, która zaświeci nad Polską jak Jutrznia Swobody.

Życzę tego zarówno wam, sobie, jak i Ojczyźnie.

Pozdrawia Genzyp Prążek

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s